O mnie

Moje zdjęcie

Pozytywnie zakręcona, nawiedzona absolwentka filologii germańskiej, genetyczna psiara, nieprzewidywalna,upojona muzyką, naszprycowana dźwiękami, zakochana w kolorach, paradoksalnie w związku z czernią, bardzo często między stronicami książek, nieujarzmiona, zbuntowana, sama-w sobie- niepowtarzalna, wyjątkowa, irracjonalna, marzycielka, niepoprawna romantyczka, momentami histeryczka, ekstrawertyczna, uczuciowa, wrażliwa, szczera- do bólu, krytyczna, również wobec siebie. Paradoksalnie- egoistka. Odporna pedagogicznie i psychicznie. Zbuntowana. Myśląca po swojemu. Ostatnia czarownica na ziemi. Mam na imię- Joanna.

piątek, 29 lipca 2016

Ten jeden dzień.



Musiało minąć wiele miesięcy odkąd jesteśmy razem, aby  w końcu w mojej podświadomości zrodziło się przekonanie, że moje jutro jest bezpieczne, a większość spraw poukładana, choć mam na uwadze fakt, iż drzwi spokoju to drzwi ruchome, obrotowe, a życie niestety wciąż nieprzewidywalne. Na co dzień staram się jednak nie myśleć o tych wszystkich nieszczęściach, katastrofach i cieniach ukochanej stabilizacji, choć pewne lęki i obawy, że coś lub ktoś może zniszczyć mój nowy ład i porządek- wciąż bezlitośnie czają się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Tamtego  dnia obudziłam się w doskonałym humorze i bardzo szybko oraz sprytnie odepchnęłam od siebie czarne wizje, które czasem próbują zawładnąć mną od samego rana. Nie lubię niepotrzebnie psuć sobie nastroju, a znam siebie na tyle przedoskonale, iż wiem do czego zdolna jest moja ukształtowana przez książki- wyobraźnia. Wstałam bardzo wcześnie, pomimo upragnionego urlopu, który miałam wówczas zaznaczony w kalendarzu nie dość, że na czerwono to w dodatku drukowanymi literami, co miało być przeze mnie interpretowane mniej więcej w ten sposób: „ zamknij oczy i śpij do 12.00, masz wolne do cholery!”. No cóż… przyzwyczajenie robi swoje. Gdy po 7.00 ulubiony człowiek na ziemi złożył na moim czole szybki pocałunek i udał się do pracy, ja- wciąż zaspana, ale już świadoma, poczłapałam do kuchni po trunek życia- kawę. Po drodze zdążyłam nie tylko uściskać swoje czworonogi i wytarmosić ich kochane mordy, ale również przekląć je na amen za to, że plątają się pod nogami, jakby była to ich ulubiona rozrywka.  Taka „podwójna osobowość” to pewnie skutek drzemiącej we mnie cierpliwej oraz pogodnej przedszkolanki i czarownicy w jednym. W ten sposób tłumaczę sobie te skrajne zmiany nastrojów, ale są tacy, którzy twierdzą, że to raczej początki choroby psychicznej;)
Patrząc przez okno, prosto w słońce i trzymając w dłoniach rozgrzany kubek, poddałam się chwili i pozwoliłam na to, żeby promienie odtańczyły na mojej twarzy swój codzienny pląs, muskając moje policzki, powieki, nos, usta i szyję najmilszym rodzajem ciepła jaki może ofiarować przyroda. Tym wczesnym, porannym, pachnącym rosą i skoszoną trawą, pachnący latem i szczęściem. W którym da się wyczuć dotyk, a co za tym idzie? Magię… To właśnie wówczas poczułam, że to będzie dobry dzień, a serce podpowiadało mi, że coś się wydarzy. Przez krótką chwilę obawiałam się, że będzie to coś złego, ale obawy odeszły same, gdy tylko zajęłam się codziennymi sprawami.
I tak późnym wieczorem, po tym jak Ukochany wrócił z pracy, po wspólnym posiłku i wspólnej drzemce, która miała być krótka, a wyszło jak zwykle, między jednym niedokończonym przeze mnie odcinkiem ulubionego serialu, a drugim już rozpoczętym, między łykiem kolejnej kawy, a zdawkową wymianą spojrzeń, On nagle uśmiechnął się czule, jakby utwierdził się w jakimś przekonaniu, popatrzył przenikliwie, świdrując mnie błękitem swoich oczu i… najzwyczajniej w świecie zapytał czy za Niego wyjdę. Tak po prostu. Bez pompy. Bez fajerwerków. Bez zbędnych słów, gdyż są one już przeze mnie bardzo dobrze znane i rozumiane. Bez szampana i bez muzyki. Mój zdystansowany do świata i ludzi „W” to mnie wybrał na swoją żonę, wsuwając mi na palec złotą obietnicę, pewną deklarację, nadzieję i wiarę, że tym razem wszystko będzie dobrze. Bogatsi w poprzednie doświadczenia, odrobinę dojrzalsi i wreszcie stabilni emocjonalnie, po tych wszystkich sztormach i zawirowaniach, mamy tę ufność, że oboje odnaleźliśmy w końcu brakujące elementy życiowej układanki. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo jestem szczęśliwa! Bo wiem, że to On! Od zawsze to miał być On…

 (źródło: tu)

środa, 27 stycznia 2016

Przypadek? Nie sądzę...



Kiedyś planowałam dużo i często. Planowałam wielkie rzeczy, takie jak: studia., praca, wymarzony dom, nowofundland, który zajmowałby dwie kanapy na raz, cudowne dzieci i męża, który byłby na zawsze. I wiecie co? Nie wyszło. A to, co wyszło, okazało się, że przypadkiem. Kiedyś mnie to frustrowało, ale od jakiegoś roku utwierdzam się w przekonaniu, że przypadki to najlepsze co mnie w życiu spotyka. Naprawdę! Na początku były studia, a raczej myśli o nich. Do samego końca nie wiedziałam czy wybrać weterynarię czy dziennikarstwo. A gdy już się dowiedziałam, okazało się, że podczas ostatniego i najważniejszego egzaminu na maturze, złapał mnie dziwny i przestraszmy ból brzucha, który pozwolił mi wytrwać na teście całe 25 minut! Nie pamiętam jak znalazłam się wtedy w domu, ale wiem, że okrągły tydzień nie mogłam się zwlec z łóżka, a pewnym momencie nie poznawałam ludzi, którzy mnie odwiedzali. Stres? Przemęczenie? Cholera wie. Jednego byłam pewna: nie zdałam tej matury. Plany o studiach odrzuciłam na bok. „Przypadek” postawił na mojej drodze koleżankę mamy ze szkoły, która na już potrzebowała kogoś, kto wyjedzie z nią do Niemiec (gdzie mieszkała od kilkunastu lat)  i zaopiekuje się dwójką jej małych dzieci. Gdy byłam już spakowana i gotowa do drogi, okazało się, że zdałam tę przeklęta maturę i to na dobrym poziomie. I, że jakbym tylko chciała, to mogłabym na te swoje studia pójść. Wybrałam wyjazd do Niemiec, a studia odłożyłam na „za rok”. Pobyt za granicą okazał się pierwszym słusznym wyborem w moim dorosłym już życiu. Dojrzałam, usamodzielniłam się, podszkoliłam język, przeżyłam pierwszy zawód miłosny, starałam się być idealną nianią dla dwójki młodszych podopiecznych, nabrałam dystansu do siebie, do świata i…stwierdziłam, że po powrocie do Polski składam papiery na germanistykę, choć uczyć się języka obcego nienawidziłam jak diabli. Gdy ukończyłam studia i jako jedna z nielicznych obroniłam się z pierwszym razem, poczułam satysfakcję. Dziką i nieustającą. Zaczęłam myśleć o pracy w szkole. Nie wyszło. Kolejny „przypadek” sprawił, że podjęłam pracę inną, niż ta, którą chciałam podjąć. Moja koleżanka otrzymała propozycję, której niestety nie mogła przyjąć i poleciła mnie. Zostałam przyjęta od razu i w ten sposób wylądowałam w sali zabaw, gdzie zaczynałam jako animator i opiekun dziecięcy. Dzięki temu, z czasem mogłam prowadzić w miejscu pracy dodatkowe zajęcia z języka niemieckiego dla dzieci, które potrzebowały pomocy w nauce. W ten sposób mogłam robić to, co chciałam czynić od samego początku. W międzyczasie szefowa otworzyła przedszkole i dzięki doświadczeniu zdobytym w sali zabaw, uczę niemieckiego również tam, a na chwilę obecną istnieje szansa, że wkrótce zostanę pełnoetatową przedszkolanką. Zamierzam też dokształcić się w tym kierunku. Nie zapeszam i jeszcze się nie cieszę. Czekam na „przypadek”, który sprawi, że wszystko ułoży się tak, jak powinno. Nauczyłam się ufać karmie. Gdy człowiek planuje, może się niepotrzebnie rozczarować. Męża też planowałam mieć jednego do końca życia. Nie wyszło. Przynajmniej zostawił mi psy. Nowofunlandy to może nie są, ale kocham je przeogromnie, zwłaszcza jak gryzą mi buty lub kradną jedzenie z talerza. Szczęściem w nieszczęściu było jednak to, że w wyniku chaosu jaki spowodowało moje małżeństwo, musiałam podjąć dodatkowa pracę, a w niej… poznałam mojego obecnego partnera, który jak się okazało, zjawił się tam również przypadkiem! Co było dalej, sami dobrze wiecie, gdyż rozpisywać się na Jego temat wciąż nie mogę przestać. Ktoś mi kiedyś napisał, że „karma wraca” i jeśli pozostanie ze mną w takiej formie, jak obecnie, to będę w pełni szczęśliwym człowiekiem. Liczę na to, że wszystko ułoży się pomyślnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Wierzę, że te wszystkie przypadki na mojej drodze miały swój cel. Mam pracę, którą lubię i wspaniałego mężczyznę obok siebie. Resztę stworzymy już wspólnie. Ufam, że nadal będę mogła pracować tam, gdzie lubię, i że mi się to w przyszłości opłaci. Że mój ukochany będzie moim ostatnim mężem, z którym będzie mi dane spędzić resztę życia. Że urodzę córeczkę, która będzie miała cudowne niebieskie oczy po Nim właśnie i nieustającą wiarę w przyszłość po mnie. Że stworzymy wreszcie upragniony dom, szczęśliwą rodzinę, nasze małe domowe ognisko i godne życie, pełne wzajemnego szacunku, a co najważniejsze? Pełne miłości, która nie ustanie z czasem…

 (źródło: tu )

sobota, 9 stycznia 2016

Goodbye 2015, welcome to 2016!



Przeszłość…

Wiem, że miałam wrzucić Wam ten tekst jeszcze przed świętami, ale nie zdążyłam. Inną sprawą był kompletny brak weny, co przyczyniło się do tego, że nie potrafiłam ująć w słowa wszystkiego, o czym chciałam napisać. Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkim czasem i nie ukrywam, iż druga połowa 2015 roku nieco mnie sponiewierała, zarówno fizycznie, jak i psychicznie i tak naprawdę dopiero teraz dochodzę do siebie. I nie chodzi tutaj konkretnie o fakt, że z dnia na dzień moja codzienność obróciła się o 180 stopni, gdyż podjęłam jedną z najważniejszych i chyba najbardziej słusznych decyzji w moim życiu, lecz o to, jak na tę decyzję zareagowało otoczenie. Nigdy nie sądziłam, że wokół mnie skumuluje się coś tak parszywego jak zawiść ludzka, plotki wyssane z palca i rozprzestrzenianie się informacji na temat mojego życia osobistego, które nijak miały się do tego, jak sprawa wyglądała w rzeczywistości. Przez całe to zawirowanie miewałam zaburzenia snu, zaburzenia odżywiania, a  także dołki psychiczne. Na przemian chudłam, tyłam, śmiałam się i płakałam. Błyszczałam i znikałam w oczach. Nie mogłam pogodzić się z tym, że cały ten stres odbijał się nie tylko na mnie, ale również na moich bliskich. Nie pozostawało mi nic innego jak czekać aż to wszystko się skończy, ucichnie…Jeszcze nigdy w swoim życiu nie bałam się również tak bardzo, że kogoś stracę. Kogoś, na kim zależało mi wówczas najbardziej i kogo obecność dodawała mi najwięcej wsparcia, sił, spokoju, poczucia bezpieczeństwa, chęci walki o siebie i o lepsze jutro. Uświadomiłam sobie, że nic nie jest na zawsze, a wszystko co mam najcenniejszego, może prysnąć jak bańka mydlana w ciągu paru chwil. Ten czas zweryfikował również to, na kim tak naprawdę mogłam polegać, kto okazał się przyjacielem, a kto się odwrócił. Uważam, że te ostatnie sześć miesięcy były najlepszą lekcją, jakie dało mi życie. Szkoda tylko, iż przez to wszystko ogromnie kuleje u mnie teraz  zaufanie do ludzi, a w duszy zrodziło się jedynie więcej obojętności. Mam również  poczucie, że utraciłam jakąś ważną cząstkę siebie, że z tej walki wyszłam tylko po części silniejsza. Na pewno mądrzejsza, ale wciąż krucha. Minie sporo czasu zanim wszystko w pełni wróci do normy. Zanim moje życie znowu nabierze tak samo intensywnych barw jak przed całym tym chaosem.

Teraźniejszość…

Nowy 2016 rok przywitałam kameralnie, w domu, wśród przyjaciół, z Nim u boku- z moją największą wygraną na loterii życia, z uśmiechem na ustach, z kieliszkiem słodkiego wina w dłoni oraz z nadzieją i wdzięcznością w sercu. Po raz pierwszy byłam najbardziej trzeźwa z całego towarzystwa, a pijana byłam jedynie szczęściem, które powoli zaczynam odczuwać każdą komórka swojego ciała. Również po raz pierwszy czuję wewnętrzny spokój i swojego rodzaju ukojenie. W sylwestrową noc, gdy wszyscy już poszli do swoich domów, poczułam taki zastrzyk pozytywnej energii, że nad ranem, zanim położyłam się do łózka wysprzątałam po imprezie cały pokój, przywróciłam meblom ład i porządek oraz pozmywałam wszystkie naczynia, żeby w Nowy Rok móc jedynie napawać się słodkim nicnierobieniem. Cieszę się, że styczeń rozpoczęłam z tak zwaną „czystą kartą”, a  wszystkie ważne i trudne dla mnie sprawy udało mi się zostawić za sobą w roku 2015…Liczę, że ten rok będzie dla mnie dobry. Dobry dla nas. I Wam również życzę szczęścia w nowym roku.

Przyszłość…

Wierzę, że to co najlepsze dopiero przede mną. W tym roku nie spisywałam żadnych postanowień. Pragnę jedynie być lepszym człowiekiem. Lepszym dla samej siebie i dla tych, którzy są dla mnie najważniejsi. Chcę przekroczyć wreszcie własne granice i zrobić coś, z czego będę dumna. Chcę zadbać o siebie, o swoja kondycję: fizyczną jak i też psychiczną. Chcę wrócić do szkoły i zacząć się rozwijać w przynajmniej dwóch dziedzinach, które lubię.  Chcę kochać jak jeszcze nigdy dotąd i chcę żeby On miał świadomość tego, iż jest największym szczęściem jakie mnie spotkało do tej pory. Chcę pielęgnować naszą wspólną przyszłość i walczyć o nią każdego dnia, z całych sił, do utraty tchu. Wiem już, że założenie własnej, zdrowej, stabilnej rodziny, pełnej miłości, czułości, wrażliwości, empatii, zrozumienia i szacunku jest czymś, o czym w tej chwili marzę najbardziej. Chcę czuć się bezpiecznie u boku mężczyzny, któremu zaufałam w stu procentach, chce móc na Nim polegać i chce żeby On mógł bez cienia wątpliwości polegać na mnie. Pragnę żeby żaden sztorm już nigdy nie zniszczył tej relacji…Pragnę wspólnego mieszkania, wspólnego życia, wspólnych dzieci i wspólnego szczęścia. 

 (źródło: jestrudo.pl)

poniedziałek, 9 listopada 2015

A jaka jest Twoja definicja szczęścia?



Kiedy byłam małą dziewczynką żyłam w swojej ciasnej, szklanej kuli i marzyłam o tym, że jak dorosnę będę miała własny pałac, koronę, stado koni, sforę psów i rycerza, który będzie mnie kochał ponad wszystko. Miałam mieć również cały sztab służących. Wykrzyczałam to pewnego dnia mojej mamie prosto w twarz, gdy zleciła mi posprzątanie wszystkich zabawek, które nota bene sama osobiście rozrzuciłam po całym pokoju. Byłam grzecznym dzieckiem, ale miewałam kaprysy, z  którymi rodzicielka musiała niestety radzić sobie sama. Przemawiał przeze mnie pewien egoizm i materializm. Jednak udało Jej się wychować mnie tak,  że wyrosłam na mądrą i silną kobietę, która nie myśli już o pałacu i rycerzu w śliniącej zbroi, ani nawet o sztabie służących, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, że swój bałagan powinnam sprzątać osobiście, choć sprzątać nie lubię do dziś. Z biegiem czasu przewartościowałam wszystko to, co tkwiło we mnie od dziecka i choć wciąż posiadam wielkie marzenia, to potrafię cieszyć się z tego, co mam. Potrafię być szczęśliwa w swoim „tu” i „teraz”, mimo, że życie nierzadko rzuca kłody pod nogi. Bo szczęście moi drodzy, daje mi zwykła, szara codzienność. Naprawdę. Aktualnie doceniam to najbardziej. Szczęściem jest dla mnie sam fakt, że nie jestem samotna, ponieważ mam wokół siebie wielu wspaniałych przyjaciół, bliskich, znajomych, a co najważniejsze- Jego. Doceniam każdą chwilę spędzoną z tymi ludźmi, gdyż widziałam już na oczy wielu samotników, którym nie brakowało niczego oprócz drugiego człowieka. Szczęście to wypita w słoneczny i zimowy dzień kawa, która przyjemnie rozgrzewa dłonie, mimo, że mróz nawet przez okno potrafi szczypać w oczy. Szczęście to praca, która daje mi satysfakcję i umożliwia ciągłe pielęgnowanie dziecka w sobie, gdyż nikt nie pokaże ci świata takim jakim on naprawdę jest, niż dzieci, z którymi dane mi jest przebywać na co dzień w środowisku zawodowym. Szczęście to muzyka, która uderza w najczulsze ze strun, dobry film i poruszające historie zaklęte w książkach, które zostają w nas na długo. Szczęście to posiadać na to czas i móc rozkoszować się chwilą tylko dla siebie. Szczęście to powroty do domu i świadomość, że wciąż mam dokąd wracać. Szczęście jest wtedy, gdy w progu witają mnie ukochane czworonogi, które zachowują się tak jakbym była najwspanialszym człowiekiem na ziemi. Szczęście to zwykłe rozmowy przy lampce wina z mamą i szczęście to fakt, że ciągle mam Ją obok siebie. Szczęście to Jego ciepłe dłonie, które głaszczą moje włosy i rytm Jego serca rozbrzmiewający przy uchu, gdy zasypiam co noc na Jego klatce piersiowej. Szczęściem jest dla mnie to, iż nasze drogi skrzyżowały się w odpowiednim momencie, choć w nieodpowiednim dla mnie czasie i fakt, że zaryzykował wszystko i postanowił zawalczyć o tę miłość mimo sporej wewnętrznej walki, jaką stoczył przez to sam ze sobą. Szczęście to świadomość, że mimo wszystko, spośród wielu innych, z którymi mógł dzielić świat,  wybrał właśnie mnie. Pomimo moich blizn, ran oraz niewiedzy czy  to w ogóle ma jakiś sens i jakąkolwiek wspólną przyszłość. Szczęście to Jego miłość, którą otula mnie każdego dnia oraz szczęście to widzieć uśmiech w Jego oczach bo Jego oczy tak rzadko się kiedyś śmiały. Szczęście to Jego jeden pocałunek w czoło, który czuję na całym ciele i szczęście to słyszeć, gdy w swoich planach na przyszłość obejmuje nas- nie tylko siebie. Szczęście to fakt, że Jego bliscy zaakceptowali mnie taką jaką jestem i zaufali na tyle, aby pozwolić żeby sprawy poukładały się same. Kocham Ich za to równie mocno, każdego z osobna bo dzięki Nim- moje szczęście to On. Jestem wdzięczna za Ich akceptację wyczuwalną w każdym darowanym mi przez Nich uśmiechu i życzliwym słowie.  Szczęście to wiedza, że życzą nam jak najlepiej. Szczęście to życie, na które tak długo czekałam i człowiek, którego tak długo szukałam. Szczęście to móc pielęgnować tę miłość wciąż od nowa i od nowa, pomimo, iż nie ma ciężej pracy niż praca nad miłością... 
A jaka jest Wasza definicja szczęścia?

 (źródło: tu )

wtorek, 13 października 2015

Odkrywam siebie od A do Z!



Przyznaję się bez bicia, że pomysłem na owy post zainspirowała mnie Katjuszka. (Uwielbiam Jej wpisy i Jej zdjęcia pełne magii, dlatego z tego miejsca serdecznie Was do niej zapraszam. Obiecuję, że jak zaczniecie czytać teksty, które zamieszcza u siebie, to nie będziecie mogli się oderwać.) Podobnie jak Ona postanowiłam, że dam się Wam poznać bliżej, litera po literze. Tak od A do Z. Dosłownie. O ile Katjuszka odkrywa siebie stopniowo, ja postanowiłam zamieścić z marszu cały alfabet. Dobrze się bawiłam, próbując znaleźć i dopasować słowa, które jak najtrafniej odzwierciedlą mnie, moją osobowość, duszę i całe jestestwo. Miłej lektury! 


A jak Aparat


W końcu wyrobiłam w sobie nawyk, żeby nosić go przy sobie. Nigdy nie wiem, kiedy ujrzę coś, co chciałabym sfotografować. To nierzadko jest niespodzianka, ten jeden konkretny moment, dlatego ważne jest dla mnie, żeby aparat znajdował się na wyciągnięcie ręki. Spoczywa więc on przeważnie na dnie mojej torebki, nawet jak wychodzę do sklepu. Tak na wszelki wypadek!


B jak Blogi


Jestem od nich uzależniona tak samo jak od książek, seriali i czekolady. Uwielbiam czytać to, co piszecie, tworzycie i udostępniacie na swoich stronach. Mogłabym przeglądać je wszystkie bez końca, ponieważ są dla mnie nie tylko przyjemną odskocznią, ale również morzem inspiracji, kopalnią wiedzy i pięknymi obrazami, które wprawiają w dobry humor podczas porannej kawy. Najbardziej lubię te lifestylowe, parentingowe (choć sama JESZCZE nie jestem rodzicem), o fotografii i książkach. O muzyce i filmie również! Sami widzicie, bez blogów ani rusz!


C jak Czarownica


Odkąd pamiętam drzemie we mnie poczucie, że nią byłam w poprzednim wcieleniu, że cząstka czarownicy żyje we mnie nadal. I wcale nie chodzi tu o jakieś czary-mary i pakty z szatanem! Moje wrodzone dziwactwo, nietuzinkowe źrenice oraz umiejętność poruszania nimi na zawołanie, zamiłowanie do ziół, fascynacja żywiołami, pomimo, iż wzbudzają we mnie strach oraz lęk, a także dogadywanie się z kotami, których nota bene wcześniej nie lubiłam, gdyż od urodzenia jestem psiarą- nie mają tu nic do tego (łatka wiedźmy przylgnęła do mnie już w gimnazjum i wielu moich znajomych wciąż pieszczotliwie tak mnie nazywa). Dawniej za czarownice uważano kobiety, które posiadały ogromną wiedzę (zwłaszcza z zakresu ziołolecznictwa, medycyny i przyrody), co wyróżniało je na tle mężczyzn, a jak wiadomo kiedyś było to swojego rodzaju anomalią, gdyż liczył się jedynie mózg męski i żaden inny. Społeczeństwo bało się takich kobiet, dlatego je szanowało. Jedynie mężczyźni, stojący w cieniu owej płci przeciwnej, szukali sposobu żeby się ich pozbyć. Posądzano je zatem o czary i kontakty z diabłem (gdyż lata temu można było człowiekowi wpoić każdą ciemnotę do głowy) i palono na stosie. „Po trupach do celu” jak to mówią…                       

D jak Dzikość

Uważam, że w każdej kobiecie drzemie dzikość, lecz nie każda kobieta potrafi ją w sobie odkryć, odszukać jej w sobie. A wystarczy reagować na bodźce. Też tak miałam. Wierzcie mi lub nie, ale w okresie dorastania może i wyróżniałam się wyglądem i sprawiałam wrażenie agresywnego emo-porąbańca, jednak tak naprawdę byłam bardzo nieśmiałą i zakompleksioną dziewczyną, którą wiecznie gnojono bez konkretnej przyczyny. Do czasu…Przełom nastąpił zaraz po maturze, kiedy wyjechałam do Niemiec, totalnie odcinając się od dotychczasowego życia i zmieniając otoczenie. Nabrałam tam pewnej hardości. Musiałam radzić sobie sama, bez niczyjej pomocy, samodzielnie myśleć, żyć i podejmować trudne decyzje. Wyżywałam się w sporcie, którego wcześniej nienawidziłam. Do Polski wróciłam jako inny człowiek, inny emocjonalnie i fizycznie. Cechowała mnie swojego rodzaju siła, poczucie własnej wartości, świadomość, że znaczę coś jako jednostka, jako kobieta, a  przede mną wiele możliwości i tylko ode mnie tak naprawdę zależy czy wykorzystam to należycie. Nauczyłam się również „czytać” ludzi i nagle po prostu wiedziałam, czy jeden z drugim życzy mi dobrze, czy tylko udaje przyjaciela. Po przeczytaniu „Biegnącej z wilkami” (ciągle będę Wam przypominać o tej książce) zaczęłam inaczej patrzeć na siebie. Na swoją inteligencję, na swoje ciało, swoje życie. Zwracałam uwagę nie tylko na rozum i serce, ale przede wszystkim na intuicje, instynkt. Słuchałam swojego organizmu, wychodziłam mu naprzeciw. Zrozumiałam, że nie muszę być taka jak wszyscy, że nie jestem taka jak wszyscy, nie muszę nikogo zadawalać, u nikogo nabijać punktów bo jestem indywidualnością i to na sobie i swoich pragnieniach powinnam się skupiać. Oszlifowałam w sobie asertywność i zdrowy egoizm, okazałam niezależność, podkreśliłam własne terytorium, swobodę działania i fakt, że przeważnie wolę  podążać własnymi ścieżkami. Zdałam sobie sprawę, że lubię czasem pobyć sama, z dala od wszystkich i nikt nie ma prawa mi tego zabronić. Odnalazłam w sobie dziką kobietę. Przejawia się ona w tym, jak instynktownie wyczuwam otoczenie oraz innych, jak bardzo lubię przebywać na łonie natury, z dala od zgiełku miasta,  jak uparcie stawiam sobie coraz to nowsze wyzwania i konsekwentnie je realizuję bo wiem, że dam radę. Bo wierzę w swoje możliwości i siły. W to, że warto sięgać po niemożliwe. Owa dzikość wychodzi również ze mnie w momentach, kiedy patrząc na swoich bliskich, uświadamiam sobie, że walczyłabym o nich jak zwierzę, gdyby tylko ktoś próbowałby zrobić im jakąkolwiek krzywdę. Widać ją również w sposobie w jaki układam włosy, jak maluje usta, w sposobie poruszania biodrami i gdy pewnie stawiam kroki. Najbardziej widać ją w moich oczach, gdy spoglądam na coś, co ma dla mnie istotne znaczenie,  w każdym wypowiadanym przeze mnie „kocham” i w tym jak obejmuję ramionami ukochaną osobę. Jestem dzika w dzień i dzika w nocy. Polegam na zmysłach, na swoim dzikim sercu, dzikim umyśle i dzikiej, wolnej duszy. Lubię żyć w stadzie, ale cenię sobie również własną przestrzeń.  Jestem wilczycą. Dziką Kobietą.  W każdym calu...


E jak Empatia


Nigdy nie byłam ślepa emocjonalnie i nigdy nie pozostawałam obojętna na przeżycia czy uczucia innych. Posiadam niesamowitą zdolność współodczuwania, zwłaszcza, gdy ktoś jest mi szczególnie bliski, dlatego nigdy w chwilach czyjegoś cierpienia czy stanu załamania nie powiem „będzie dobrze”, gdyż sama za ten tekst mam ochotę przywalić komuś w twarz. Potrafię za to wesprzeć w inny sposób. Potrafię na trzeźwo ocenić sytuacje danego człowieka i szukać takiego rozwiązania, które na ten moment dodałoby mu sił, a nie jeszcze bardziej pogłębiło dół w jakim się znajduje. Prawda jest taka moi drodzy, że wszelkie znane nam do tej pory próby pocieszania i standardowe tekściki, przynoszą niestety odwrotny skutek od zamierzonego, łzy płyną jeszcze bardziej, a  wkurwienie sięga zenitu. Ludzie żądają od nas podpory ,a nie dopierdolenia do pieca jak to mówią. Mam sobą pomagać, a nie szkodzić jeszcze bardziej. Empatia to dźwiganie kogoś z całym jego aktualnym balastem i nie dopuszczenie do tego żeby się załamał. Empatia to miłość do bliźniego. Empatia to szacunek do czyichś słabości. Empatia to zrozumienie i dawanie nadziei. Empatia to moja silna ręka, która przytrzyma Cię, gdy padniesz twarzą do ziemi. Empatia to nie pierdolenie o Szopenie bo po co komuś  Szopen, gdy na łeb runął świat? Empatia moi drodzy- to właśnie ja. I podobnie jak mądrość, przychodzi z wiekiem.


F jak Fotografia


Moja pasja, moja odskocznia, mój sposób na uśmiech, nierzadko również cudzy. Zaczarowane kadry, inspirujące osoby, ulotne chwile, magiczne miejsca, emocje, uczucia, a wszystko to zaklęte w zaledwie kilku sekundach. Uwiecznione na zawsze…nieulotne, nieprzemijalne, tak bardzo nieefemeryczne. Fotografia to czarodziejka. A ja tak bardzo kocham być jej uczennicą!


G jak Gadatliwość


Jestem gadułą. Po mamie. Trzeba to zdecydowanie podkreślić. Mogłabym paplać bez końca, przeważnie na temat, jednak jeśli któryś szczególnie mnie zainteresuje to mogę stać się męcząca. Lubię walkę na słowa, na argumenty, jednak te mądre i przemyślane. Nie lubię ględzenia bez sensu. Czasem trzeba mnie stopować, ponieważ zdarza mi się wtrącić w połowie zdania, a  wiem, że to niegrzeczne i naprawdę od lat z tym walczę, starając się częściej słuchać niż mówić. Myślę jednak, że na tym etapie idzie mi dobrze, choć gadatliwość wciąż jest moją domeną. Czasem pomaga mi przezwyciężyć stres. Czasem rozładować napięcie, a niekiedy rozpocząć rozmowę. Ma swoje dobre i złe strony, ale na szczęście rzadko zdarza mi się usłyszeć: „daj mi coś powiedzieć!” i to przeważnie od mamy, więc nie ma dramatu.


H jak Harmonia

Nie mylić z monotonią. Chodzi mi o to, że lubię jak w moim życiu sprawy są poukładane. Wszystko znajduje się na swoim miejscu, a ja nie muszę przejmować się problemami wyższej rangi. Wstając rano do pracy, chcę mieć poczucie, że to będzie dzień pełen wyzwań, że być może coś pójdzie nie tak, ale mimo wszystko będę miała świadomość, że w domu czeka On i Jego bezpieczne ramiona. Że w progu przywitają mnie ukochane psy, a jedyne, co mnie zmartwi to brudna od sierści podłoga. Będę zmęczona, ale tak po ludzku, jak większość. Być może przez telefon pokłócę się z mamą o jakąś pierdołę, ale to nic! Do jutra obu nam przejdzie. W spokoju wypiję lampkę wina i porozmawiam z Nim o tym, jak minął dzień. Zajrzę do pokoju, w którym być może będą spały nasze dzieci. Złożę na ich głowach pocałunek pełen miłości, w pełni świadoma tego, że mają wszystko, czego im trzeba. Do pełnej harmonii wciąż mi trochę brakuje, zwłaszcza, że mam aktualnie ciężki czas, bardzo chaotyczny i nerwowy. Wierzę jednak, że gdy on minie, rozpocznę nowe, szczęśliwsze życie. Takie, jakie zawsze chciałam mieć. Zdobędę upragnioną harmonię z pakietem mało znaczących bzdur. Tak dla równowagi…


I jak Inteligencja


Mówią, że najważniejszą rzeczą jaką posiadam to moje duże cycki. Co z tego, że są spore, skoro tak bardzo mało ujędrnione. Zdecydowanie wolę mój mózg! Daje Wam słowo, że jest bardziej jędrny niż te cholerne cycki i większy mam z niego pożytek, zdecydowanie. I może brzmi to nieco jak przechwałka, ale nie w taki sposób powinniście to odbierać. Ja po porostu wiem, że mądrość, zdolność logicznego myślenia oraz bogate słownictwo są ważnym aspektem naszej osobowości, składające się na ową inteligencję, również życiową i wciąż uparcie dążę do tego, by największy nacisk kłaść na rozwój rozumu. Włączyć myślenie to pozornie nic trudnego, a tak wielu ludzi wciąż ma z tym problem. Zwłaszcza młodzi. Może nie zawsze postępuję mądrze, być może zdarza mi się najpierw zrobić, a potem pomyśleć, ale jedno jest pewne, nie jestem głupią osobą i jestem z siebie dumna. A inteligencja? To jedyne czego powinno się zazdrościć innym, nie przestając przy tym ćwiczyć własnej.


J jak Joanna


Znam mnóstwo koleżanek, którym nie podoba się ich imię. Znam jedną, która po ukończeniu 18-stu lat, to nadane podczas chrztu, zmieniła na inne. Na szczęście ja nigdy nie miałam z tym żadnego problemu, a miałabym! O jeden mały włos. Los jednak chciał inaczej, a raczej moja rodzicielka w ostateczności uparła się na Joannę i chwała Jej za to! Bo mogłam zostać Romą (wujek tak sobie wymyślił, zwariował!). Aśka zdecydowanie lepiej do mnie pasuje. Kocham swoje imię. Naprawdę. I już nawet nie denerwuje mnie to, gdy ktoś zwraca się do mnie Asiuniu, Asieńko, Asiulku. I wiecie co kiedyś wyczytałam? Ponoć diabeł wysyła wszystkie Aśki świata tam, gdzie sam boi się pójść. To chyba wynika z naszej niesamowitej silnej psychiki. Jest silna i stabilna. Zahartowana i niezachwiana, choć nie ukrywam, że zdarzają mi się chwile słabości (jeśli problemy dotykają bezpośrednio moich bliskich) i odpłaczę sobie coś potem, cichutko w kącie, tak żeby nikt nie widział. Z kolei jeśli chodzi o mnie, dziwi mnie to i zaskakuje, ale zawsze udaje mi się zachować czysty umysł w sytuacjach kryzysowych i ekstremalnych i nie panikuje jak dziecko z byle powodu tylko podejmuje męską decyzję i robię to, co robić należy. Jestem wojowniczką, jak Joanna D’Arc. W końcu to moja patronka. Kwestię spalenia na stosie pominę. Owszem, jestem czarownicą, ale dobrą, więc nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość i w przepowiednię.


K jak Kultura


Ta osobista jest ważna, to oczywiste! W tym konkretnym wypadku chodzi jednak o książki, filmy i muzykę. Musiałam zgarnąć to wszystko do jednego worka a k jak kultura nadaje się do tego perfekcyjnie. I nie będę rozpisywać się tutaj o mojej miłości do książek, pasji do muzyki i uzależnienia od filmów, przecież wszystko to już wiecie, najwięcej tego na blogu. Tworząc swój własny alfabet musiałam uwzględnić tak ważny aspekt mojej osobowości, jakim jest zamiłowanie do kultury i to jest właśnie moment, w którym to czynię.


L jak Luzara


Jestem luzakiem. Totalnym. Potrafię również śmiać się sama z siebie, a  to bardzo ważna umiejętność. Ta moja swoboda bycia nie jest jednak wrodzona, nauczyłam się jej czasem i niesamowicie pomaga mi nawiązywać relacje interpersonalne.  Nie czuję bowiem żadnego skrępowania przy nowo poznanych osobach. Mam dystans, owszem, ale jeśli chodzi o komunikowanie się, nie stanowi to dla mnie najmniejszego problemu. W stałym gronie uchodzę za śmieszkę, osobę, która zawsze ma w zanadrzu cięta ripostę albo jakiś tekst na rozładowanie atmosfery. Po kumpelsku postaram się również podchodzić do moich uczniów, zarówno tych młodszych, jak i starszych. Uważam, że taka postawa zdecydowanie bardziej pomaga w nauce i motywuje do działania.  Nie ma nic gorszego niż sztywny jak posąg belfer. Niektórzy twierdzą, że nie powinnam się „spoufalać”, ale jak dotąd- wychodzi to wszystkim jedynie na dobre.


Ł jak Łakomczuch


Dobra, powiem to publicznie. Uwielbiam żreć! Nic na to nie poradzę. Mam bzika na punkcie wszelkich sałatek, dań z makaronu, kuchni włoskiej i słodyczy. To ostatnie zdecydowanie dominuje i nijak nie potrafię z tym walczyć. Czekoladowe puddingi mogę jeść tonami, nutellę wyżerać łyżką, czekoladę pochłaniam w każdej postaci, zwłaszcza mleczną, a jak widzę „schoko- bonsy” to mam kurwiki w oczach. Łakociowy potwór najbardziej uaktywnia się jednak, gdy nadchodzi PMS. Wtedy wystarczy rzucić we mnie czymś słodkim i gwarantuję Wam, ze żaden agresor ze mnie nie wyjdzie. Nie ma takiej opcji! Mój facet już to wie i czuje się przy mnie bezpiecznie, choć początkowo miał obawy, że podczas okresu zamienię się w modliszkę i oderwę mu głowę, gdy będzie sobie słodko spał. Mogłabym, ale po co skoro mogę mieć ciasto i zjeść ciastko? ;)



M jak Monsun


Monsun to moja ksywa. Ksywa, którą nadał mi w gimnazjum ulubiony nauczyciel języka angielskiego. Dogadywaliśmy się bez słów, gdyż podobnie jak ja był społecznym outsiderem, zupełnie nie przejmując się własną anty-nauczycielską postawą, a gdy wpadał na lekcje to zawsze w glanach po kolana, w koszulce Iron Mana i zamiast przy biurku, siadał na jednej z ławek, zarzucając nogi na krzesełka. Moje przezwisko nie wzięło się przypadkiem, lecz od popularnego w tamtych czasach niemieckiego zespołu Tokio Hotel, który wypuścił wówczas swój pierwszy singiel pod tytułem „Durch den Monsun” (czyt: „Przez Monsun”). Pamiętam, że tamtego dnia byłam niesamowicie anty-pedagogiczna i bardzo przeszkadzałam panu Jakubowi w prowadzeniu zajęć. Gdy w końcu nie wytrzymał, krzyknął na całą klasę „Aśka! Opanuj się bo Ci taki monsun zrobię, że przez niego nie przejdziesz!”. Od tamtej pory ciągle słyszałam z Jego ust: „Monsun, do odpowiedzi!” Monsunem jestem do teraz. W ten sposób zwracają się do mnie koledzy, koleżanki, a nawet moja mama. Monsunowisko powstało od mojej ksywy i uważam, że lepszej nazwy bloga znaleźć nie mogłam.


N jak Niemiecki


O ile Niemcy jako kraj kocham od zawsze, z nauką języka miałam problemy od samego początku. Nijak nie mogłam znaleźć sposobu, żebyś skutecznie wbić sobie do głowy te wszystkie formuły gramatyczne, konstrukcje zdań, nie wspominając już  o nieszczęsnych rodzajnikach! Gdy nauczycielka w gimnazjum stwierdziła, że nie ma już sił mi wszystkiego ciągle tłumaczyć, dała sobie ze mną spokój, co spowodowało szereg złych ocen. Wówczas stwierdziłam, że się nie poddam i obsesyjnie zaczęłam słuchać niemieckich piosenek. Mało tego! Gdy w gimnazjum w ostateczności zdałam niemiecki na 5, z dziką satysfakcją stwierdziłam, że stać mnie na więcej. W liceum, do końca szkoły trwałam w przekonaniu, że maturę zdaję z angielskiego, ponieważ porywanie się na niemiecki równało się jeszcze wtedy z samozagładą. Dosłownie w ostatniej chwili, gdy można było jeszcze cokolwiek zmienić, postanowiłam, że zdam ten cholerny niemiecki. Nauczycielka złapała się za głowę, mimo że oceny z przedmiotu miałam zadowalające. I zdałam tę maturę, wyobraźcie sobie na 4.5! Potem poszło jak z płatka. Wyjechałam do Niemiec, wróciłam, ukończyłam germanistykę, a gdy kilka lat później spotkałam swoją panią profesor z liceum na ulicy i powiedziałam jej, że uczę niemieckiego, doznała nie lada szoku, dodając jednak na końcu szczere gratulacje i stwierdzając w ostateczności, iż upór, konsekwencja i ambicja zawsze były moją domeną. Taka historia.


O jak On

Aktualnie jest to u mnie temat bardzo na czasie. Temat rzeka… Mogłabym o Nim pisać i pisać, ponieważ wierzcie mi lub nie, odkąd jest przy mnie, czuję się tak, jakbym odkrywała siebie na nowo. Poznaliśmy się w niezbyt sprzyjających okolicznościach, które wyssały ze  mnie resztki energii i nerwów, ale ta próba byłą decydująca dla naszego związku i wbrew pozorom bardzo go wzmocniła. On stał się moja podporą, moim wsparciem i nadzieją na to, że jeszcze może być normalnie. On to moja opoka, spokój ducha, poczucie bezpieczeństwa i anioł stróż. On- to moje szczęście. Moje wszystko. Moja miłość. Moja inspiracja. Moja druga połowa. Moja dobra wróżba na upragnioną harmonię w życiu i w sercu. Do końca życia pozostanę wdzięczna losowi za to, że postawił Go na mojej drodze.


P jak Psiara


Ponoć miłośnicy zwierząt dzielą się na psiarzy i kociarzy. I mimo, że od jakiegoś roku do kociaków nic już nie mam to z czystym sercem mogę powiedzieć, iż należę do psiarzy. Od zawsze. Miłość do psów mam po prostu zapisaną w genach i nic nie wskazuje na to, że kiedyś może być inaczej. Na psy reaguję co najmniej tak, jak małe dzieci na zabawki w sklepie. Nieważne, że mam prawie 26 lat! Kocham je wszystkie, bez wyjątku, jedynie moje dwa rozczochrane sierściuchy- ciut bardziej. Nigdy nie przejdę obojętnie obok szczeniaka, nawet jak jego właściciel bardzo się spieszy. Nigdy nie pozostanę obojętna na krzywdę porzuconych psiaków, zwłaszcza tych starych i schorowanych. Nierzadko bardziej wzrusza mnie los psów niż ludzi i nic na to nie poradzę. Nie czuję się przez to mniej „człowiekiem”. Zwierzęta są bezbronne i to do ludzi należy zapewnić im należytą ochronę oraz opiekę.


R jak Romantyczka


Może nie wyglądam. Na pewno nie wyglądam, gdyż sugeruje się mi niekiedy, iż mam sukowaty ( ‘If you know what I mean…’) wyraz twarzy, jednak…duszę prawdziwej romantyczki. Naprawdę! Jaram się jak dziecko, gdy facet bez zdania racji wręczy mi kwiatek albo czekoladki. Albo przygotuje dla mnie kolację przy świecach, albo przy jednej świeczce chociaż. Albo kąpiel w pianie, niekoniecznie w płatkach róż. W miłości zatracam się bez reszty. Kocham całym sercem i całą sobą. Potrafię wiele poświęcić żeby uszczęśliwić drugą osobę, nawet jak nie daje tego po sobie poznać. Rozpływam się, gdy On jedynie na mnie patrzy lub się uśmiecha. I za to spojrzenie i uśmiech mogłabym skoczyć ogień. Wzrusza mnie, gdy całuje mnie w czoło lub tuli tak mocno, jakby chciał połamać moje kruche kości. Jestem w stanie sama mu się oświadczyć, gdy zamiast tego wszystkiego do łóżka przyniesie mi nie tylko siebie, ale i ulubioną kawę oraz książkę ;)


S jak Szczerość


Ta cecha charakteru jest dla mnie bardzo ważna. Bardzo cenię sobie szczerość, a co za tym idzie? Prawdomówność. Bez ogródek mówię o tym, co mi się nie podoba. Zawsze staram się na bieżąco rozwiązywać problemy, które mnie dręczą, żeby nie urosły one do potęgi n- tej. W szczerości nie chodzi jednak o to, żeby komuś „dokopać” albo rzucić siarczystą wiązanką między oczy. W tym wszystkim najważniejsze jest zachowanie szacunku do drugiej osoby.  Inaczej szczerość łatwo można pomylić ze zwykłym chamstwem, a przecież nie tędy droga. Według mnie, w związku jest ona kluczowym składnikiem. Bo po co komu „miłość”, skoro ktoś nie potrafi otwarcie się ze sobą komunikować? To zawsze powinien być wspólny mianownik w relacjach międzyludzkich i zdania w tej kwestii nie zmienię.


T jak Tolerancja


Ten temat kuleje wokół mnie niesamowicie. Zauważam to na każdym kroku, zwłaszcza wśród dorastającej młodzieży. Osobiście odczułam jej brak, gdy uczęszczałam do gimnazjum. Wyróżniałam się swojego czasu na tle innych i do dziś pojąc nie mogę co im wszystkim we mnie wiecznie przeszkadzało? Odcierpiałam swoje, ale wyniosłam z tego okresu cenną lekcję. Nauczyłam się, że drugi człowiek jest na równi ze mną, nawet jeśli on myśli inaczej. Nie mam prawa oceniać czyjegoś wyglądu, upodobania, odmiennej opinii, pasji czy metod wychowania dzieci. Nie jestem od wyśmiewania facetów w rurkach, za grubych lub za chudych, brzydkich i głupich, lesbijek czy gejów, którzy ostentacyjnie całują się na ulicy. Nie przeszkadza mnie, że kobieta po 60-ce kreuje się na nastkę, a małolata z podstawówki chce wyglądać na starszą niż jest w rzeczywistości. Może to i nie pasuje, ale jeśli one czują się ze sobą dobrze to mi nic do tego. Szanuję człowieka jako jednostkę i nie przeszkadza mi czyjaś odmienność, dopóki nie wyrządza krzywdy ani szkody społeczeństwu.


U jak Uczucia


Są dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza te bliskie sercu, jak chociażby miłość. Lubię gdy te pozytywne zalewają mnie od środka, niczym fala ciepła. Powodują przyjemne skurcze, łaskotanie i drżenie ciała. Uderzają w najcieńsze struny, wywołując radość, szczęście oraz malując na twarzy uśmiech. Te negatywne też w dużej mierze kształtują nasz charakter, o ile umiejętnie i rozsądnie je odczytamy, nie pozwalając na zatracenie się w nich. Ważne jest, żeby człowiek potrafił oswoić własne demony. Jak wielu z nas, zdarza mi się balansować gdzieś „pomiędzy”, ale zazwyczaj to, co we mnie dobre w ostateczności wygrywa. Bo nauczyłam się karmić tego lepszego wilka, który żyje we mnie.


W jak Wilki

Kiedyś uważano je za symbol zła, czego pojąć zupełnie nie mogę. Uważam, że to od wilków ludzie powinni uczyć się mądrości, niezależności, pewnej swobody i wolności, ale również życia i współpracy w stadzie, odpowiedzialności, siły, zdolności do poświęceń, wierności i radzenia sobie w ekstremalnych warunkach. Clarissa Pinkola Estes w swojej książce "Biegnąca z wilkami" porównała kobietę do tego właśnie stworzenia. Dzięki tej lekturze i temu porównaniu na moich plecach powstał tatuaż, z którego jestem niesamowicie dumna, a wspomniana przeze mnie książka posiada szczególne miejsce w mojej domowej biblioteczce.


Z jak Zdjęcia


Kocham fotografować, ponieważ niesamowicie się przy tym wyciszam i koncentruję. Jednak dopiero wtedy, kiedy oglądam efekt owego fotografowania, czuję się w stu procentach spełniona, zwłaszcza gdy uda mi się uwiecznić na stałe chwilę, która zapiera dech w piersiach czy moment, który się już przecież nigdy nie powtórzy. Lubię jak za pomocą małego cyfrowego obrazu lub kawałka papieru jestem w stanie uwiecznić czyjeś uśmiechy, czyjeś przenikliwe spojrzenie, czyjąś radość, szczęście, smutek oraz miłość. Uwielbiam tę możliwość wracania do przeszłości zaklętej na zdjęciach. Kocham kolekcjonować chwile i wiem, że będę to robić zawsze, dlatego tak bardzo ważne jest dla mnie poczucie, iż u kresu własnej drogi, większość momentów mojego życia będę miała jak na zawołanie, skryte na dnie pudełka z napisem „wspomnienia”.  

(źródło: tu )